Sławek Wierzcholski: "Będzie cała seria koncertów jubileuszowych! Takiej rocznicy nie można załatwić jednym koncertem"

Sławek Wierzcholski: "Będzie cała seria koncertów jubileuszowych! Takiej rocznicy nie można załatwić jednym koncertem"

Zapraszamy na nasz wywiad ze Sławkiem Wierzcholskim, który niedawno, wraz z Nocną Zmianą Bluesa, wydał płytę "Amazonia". Więcej na temat płyty TUTAJ.

- 1982 – pamiętasz dokładnie moment założenia zespołu? Jakie to były czasy?

Byłem wówczas studentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Rok wcześniej, wróciłem do Polski po niemal rocznym pobycie w Stanach Zjednoczonych. Popularne były wówczas tzw. urlopy dziekańskie i ja z takiego skorzystałem. W Stanach mieszkałem w kilku miastach, m.in. w Bloomington w stanie Indiana, w Pontiac w Michigan ale najważniejszy był dla mnie prawie półroczny pobyt w Chicago. Była to wówczas stolica bluesa – w każdy weekend można było słuchać bluesa na żywo w blisko 50 klubach! Spędziłem tam sporo czasu! Po powrocie do kraju przystąpiłem do formowania zespołu. W 1982 roku uformował się skład złożony ze studentów UMK oraz uczniów toruńskich szkół muzycznych: harmonijka, skrzypce, gitara akustyczna i kontrabas. Przypominało to nieco Quintet Hot Club de France Django Reinhardta (podobnie jak oni bez perkusji). Nasz umiejętności jednak były naturalnie …znacznie skromniejsze <śmiech> Ale zapał ogromny!

- Macie jakieś plany na świętowanie 40-lecia w 2022 roku?

Naturalnie! Będzie cała seria koncertów jubileuszowych! Takiej rocznicy nie można załatwić jednym koncertem, choćby najbardziej prestiżowym! <śmiech>

- Wasza najnowsza płyta nosi tytuł „Amazonia”, dlaczego akurat postanowiłeś zwrócić uwagę na ten rejon świata?

„Amazonia” to tytuł jednego z utworów. Z ciekawą partią harmonijki ale w rytmie … reggae! Jednak w aspekcie melodycznym jest to 100% blues. A tekst traktuje o zagrożeniu lasów amazońskich. Kiedy go pisałem, trawiły je ogromne pożary. Nieco później, podobny kataklizm nawiedził Australie. A jeszcze później przyszła pandemia i sprawy ekologii zeszły na dalszy plan. Ale problem istnieje…

- Co w Twoim życiu zmieniła Pandemia?

Na szczęście ani ja, ani nikt z moich bliskich nie zachorował. Jestem już po trzeciej szczepionce więc nawet gdybym zachorował … to zapewne przeżyję <śmiech>. Zmiany i to poważne są w sferze koncertowej. Przez wiele miesięcy w ogóle nie koncertowaliśmy. Teraz powoli sprawa się normuje ale jeszcze wiele miesięcy minie, zanim wrócimy do stanu sprzed dwóch lat.

- Wcześniejsze Twoje płyty były bardziej osobiste, dotykające problemów ludzkich, tym razem skupiłeś się na przyrodzie i ekologii. Rozumiem, że jest to dla Ciebie bardzo ważna dziedzina i chciałbyś aby jak najwięcej ludzi dbało o środowisko?

Myślę, że każdy rozsądny człowiek powinien mieć świadomość swojego negatywnego wpływu na środowisko robić wszystko by ten wpływ zminimalizować! Ta refleksja towarzyszy mi od dawna. Jednak nie jest łatwo napisać niestandardowy, interesujący tekst o tak ważnej sprawie jak ekologia. Wszelako większość tekstów na CD „Amazonia” to jednak sprawy osobiste….

- Gdzie w najbliższym czasie będzie można Was zobaczyć?

Mimo pandemii, gramy 4 – 5 koncertów miesięcznie. Teraz są to kluby lub Domy Kultury. Latem powinniśmy zagrać na większości festiwali bluesowych w ramach celebracji naszej „czterdziestki” <śmiech>

- Na płycie znalazło się wielu znakomitych gości… tutaj chciałem o nich porozmawiać, ale śmierć Barta Sosnowskiego to zmieniła… chciałbym, żebyś w tym miejscu napisał kilka słów o Bartku, gdzie się poznaliście jak doszło do Waszej współpracy?

Osobiście znałem Bartka słabo – spotkaliśmy się może dwa razy. Gdy usłyszałem, jak śpiewa od razu pomyślałem że Jego głos byłby  idealny do rockowego walca pt. „Cel”. Zadzwoniłem,  zaproponowałem udział a Bartek zgodził się bez wahania. Zagrał też  zabawną scenę w videoclipie do tego utworu. Prostą acz zaskakującą. Po prostu golił się (tradycyjnie z pianą i pędzlem) i śpiewał „Cel”. Mieliśmy wspólne plany koncertowe. Gdyby nie  Jego niespodziewana śmierć….

- Niedawno na portalach społecznościowych wspominałeś koncert z Woodstocku przed bardzo dużą publicznością, gdzie Ci się gra lepiej w malutkich klubach, które są stworzone jednak do bluesowych klimatów czy na wielkich scenach, na których nie raz już występowałeś?

Cóż, naturalnym miejscem dla bluesa są kluby i to niekoniecznie te modne czy duże. Siła rzeczy tam często gramy. Również w domach czy ośrodkach kultury. Ale jakże miło jest zagrać na wielkiej imprezie plenerowej dla kilku tysięcy słuchaczy! Graliśmy praktycznie nas wszystkich polskich plenerowych festiwalach bluesowych i nie tylko bluesowych. Wspaniale jest poczuć, że tysiące osób aprobuję naszą muzykę!

- A czego oprócz bluesa słuchasz w domowym zaciszu?

Przez wiele lat słuchałem niemal wyłącznie bluesa. Również dlatego, że przez 30  lat byłem współpracownikiem Polskiego Radia. W latach 1986 – 2000 zrobiłem w „Trójce” 1500 autorskich audycji poświęconych bluesowi. Później współpracowałem z „RdC” a ostatnie sześć lat z „Dwójką”. Siłą rzeczy, przygotowując tyle audycji sprofilowanych na bluesa, słuchałem głównie tej muzyki. Ale myliłby się ten, kto sądziłby że to monotonne. Blues to pałac o wielu komnatach!  Mamy bluesa wiejskiego (to najczęściej solista – wokalista akompaniujący sam sobie na gitarze, niekiedy z towarzyszeniem harmonijki lub innego instrumentu strunowego, np. gitary Dobro, mamy bluesa elektrycznego zwanego też stylem Chicago. To zelektryfiowany blues z Delty Mississippi, prosty, najczęściej w rytmie shuffle. Moi ulubieni przedstawiciele tego gatunku to Mudda Waters, Howlkin Wolf, Otis Rush, James Cotton, Little Walter. Mamy  soul bluesa – to najczęściej wokaliści o potężnych głosach ze szkoły gospel, spiewający z towarzyszeniem dużego zespołu, często z sekcją dętą. Moi faworyci w tym stylu to m.in. W.C. Cark, Walter "Wolfman" Washngton, Johnny Adams, Mighty Sam McClain Bobby „Blue” Bland, Tommy Castro, Jimmy Johnson… Uwielbiam blues z zachodniego wybrzeża czyli West Coast. To są najczęściej mistrzowie harmonijki m.in. William Clarke, Rod Piazza, Charlie Musselwhite, Gary Smith… Mniej gustuję w blues-rocku ale też mam swoich faworytów jak np. Bernard Allison, Coco Montoya czy Johnny Winter. Ale to dygresja. Obecnie słucham najczęściej jazzu, który – jak wiemy - też jest ogromnie zróżnicowany. Moi faworycie to stara szkoła: Stan Getz, Lester Young, Oscar Peterson. Z bardziej współczesnych głownie smooth-jazzowi gitarzyści, jak Lee Ritenour, Larry Carlton, George Benson.

Dziękuje za rozmowę i poświęcony czas.

Również wielkie dzięki!

Komentarze: