Nasza recenzja

Annoyance and Disappointment

Jeszcze jedna taka płyta i będziemy mogli zapomnieć o jego udziale X-Factorze. W zasadzie już dawno powinniśmy to zrobić, bo jak się patrzy na innych laureatów tego typu programów ostatniej dekady, to Dawid Podsiadło jest tu ewidentnie perłą wsród wieprzy.

Zagłaskanie Dawida Podsiadło przez publiczność i krytykę (zarówno na jego solowym debiucie jak i późniejszym albumie z rockowymi kolegami Curly Heads) mogło bardzo zgubić młodego wokalistę. Bogdan Kondracki, który odpowiadał również za pierwszy album Dawida, wziął młodego wokalistę na stronę - a konkretniej do swego domowego studia - i wyprowadził w... nie, nie w pole. W nowe rejony w twórczości.

Lekkość debiutu poszła w niepamięć, a zamiast tego mamy tu m.in. zimną falę, prog-rocka, dęciaki i wszędobylskie organy Hammonda. Jeśli nadarzy mi się okazja, to zapytam Dawida i Kondrackiego o ich inspiracje muzyczne, bo efekt mieszania tego wszystkiego na Annoyance and Disappointment jest dziko fascynujący.

Według Hitchcocka, najpierw powinna wybuchać bomba, a następnie rosnąć napięcie. W tym wypadku wystrzałem jest dęciakowe intro Sunlight. Faktycznie - wstęp daje nam ostre światło na całość: to Dawid inny niż go poznaliśmy. Pierwsze wrażenia - klimaty indiepopowe w Forest i Block,  psychodela w Cashew/161644 i Eight, połamana rytmika w Son of Analog i W dobrą stronę, plus masa innych smaczków, które za pierwszym razem nie jesteśmy w stanie wychwycić i od razu klikamy repeat.

Kolejnym razem słyszymy Byrd i Son Of Analog przeistaczające się w solidny indie-rock, z czego drugi uderza nas solówką gitarową niczym z produkcji My Bloody Valentine. Z kolei Eight ma zalążki powolnej introdukcji, w której zaraz oczekujemy jakiegośmocniejszego wejścia, a tu guzik, bo utwór cały czas trzyma klimat niczym z Joy Division.
Wspomniane wcześniej Hammondy robią lwią część roboty pod sam koniec albumu, w szczególności w Where Did Your Love Go? (nastoletnie fanki Dawida niech naszykują chusteczki, ten utwór wyciska łzy!) i następującym Focus, który nieco przypomina klimat albumu Comfort and Happiness. A na finał Dawid zafundował nam trochę wyszeptaną indiepopową pościelówkę. 
Utwory, gdzie Dawid śpiewa po polsku nieco się wyłamują od reszty albumu - słychać, że to właśnie te kawałki były krojone pod potencjalne single. W dobrą stronę łapało chórkami, Pastempomat wgryza się funkującym rytmem, zimnofalowa Bela perkusyjnymi przeszkadzajkami. I co ważne, jakościowo ani trochę nie odbiegają od reszty. Są po prostu bardziej przebojowe, by dzięki temu bez problemu wskoczyć na pierwsze miejsce Listy Przebojów Trójki.

Głos, artykulacja i maniera Dawida to już niemal osobny instrument w tym twórczym chaosie. Wokalista swoimi zdolnościami wręcz narzuca nam określony zestaw uczuć do każdego kawałka, przy czym w jego wypadku to nie jest zarzut. Wokalista aż zionie pełnią aktorskiej ekspresji, która zawstydziłaby nawet Bono.

Nowy album Dawida Podsiadło jest testem dojrzałości zarówno dla niego, jak i dla jego słuchaczy. Artysta w skali sześciostopniowej zdał go na szóstkę z czerwonym paskiem na świadectwie.

Komentarze: