Nasza recenzja

Angels & Ghosts

Szamańskie obrzędy okraszone jednym z najbardziej hipnotyzujących głosów świata.

Konia z rzędem temu, kto potrafił postawić grubą, czarną krechę pomiędzy solowym dorobkiem lidera Depeche Mode, a jego twórczością własną. Duch nagrań DM od zawsze unosił się nad solowymi albumami Gahana, ale nie mówcie mi, że tylko ja na Angels & Ghosts słyszę głośne wpływy Songs of Faith & Devotion i Music For The Masses. I to powinno cieszyć, w końcu to jedne z najciekawszych muzycznie okresów DM. Ale, co najważniejsze, wciąż słychać że to Dave Gahan i Soulsavers.

W opozycji do powyższego, zaskakującym okazuje się, że maestro Gahan odpowiadał tutaj wyłącznie za teksty i za śpiewanie. Odnośnie tego, nie ma się czego uczepić, chciałoby się tylko zapytać, czemu takich ciarkopędnych popisów głosowych jakie tu mamy chociażby w Lately czy You Owe Me zabrakło na ostatnich "Depeszach".

Za to sprawa muzyki to już wyłącznie robota kolegów z Soulsavers. Tak w dużym skrócie należałoby stwierdzić, że panowie poczuli bluesa. Do naleciałości gospel (których od groma w You Owe Me) i klimatów żywcem z soundtracków filmów Tarantino (singlowe All Of This and Nothing) dolano gęsto bardowe granie i mamy tym samym taki epos jak otwierący Shine, westernowy Don't Cry i świetnie rozwijający się z leniwej ballady w poszarpany blues rock (przypominający nieco solowego Jacka White'a) w finalnym My Sun. Tylko w Tempted i The Last Time nieco siada napięcie, ale i tak podczas słuchania całości można się poczuć jak na jakiejś szamańskiej ceremonii.

Chwilowa (bo Martin Gore już przebąkuje o nowym albumie) przerwa od Depeche Mode zrobiła Dave'owi lepiej niż dobrze. Tylko zakładać słuchawki i zapętlać.

Komentarze: