Nasza recenzja

Gonić Burzę

Podobno strasznie się bała przed premierą tej płyty. Nie rozumiem zupełnie o co, bo poszło jej rewelacyjnie.

Marcelina - chyba wzorem ostatniej Julii Marcell - postanowiła już zrzucić ciężar subtelności i wizerunku niewiniątka, by bez skrępowania dorzucić więcej do pieca. Wcześniejsze występy gościnne u Grubsona czy z VNMem wznieciły u niej isrkierkę eksperymentowania, która wypadła jeszcze bardziej przekonująco niż na Wchody/Zachody. Ale - o dziwo - mimo częstego rzucania smaczków, przeważa... mimimalizm!

Z poprzednich płyt wokalistki ocał charakterystyczny, dziewczęcy styl. Marcelina, pewnie nauczona sporym doświadczeniem koncertowym, jeszcze lepiej prowadzi swoją charakterystyczną barwę, a w tekstach co rusz puszcza do nas oko uroczo bawiąc się językiem na zasadzie prostych rymów. Jeśli ktoś wcześniej nie umiał słuchać Marceliny ze względu na tylko wokal, do tej płyty lepiej też niech nie podchodzi.

Wiecie jak początkujący gitarzyści uczą się grać na instrumencie? To samo bicie przez 3 minuty na trzech akordach, i do domu. I Marcelina - znowu do spółki z Robertem Cichym - wzięła sobie do serca regułę, że mniej znaczy więcej i właśnie na taką prostotę postawiła. Fortepian, parę akordów, te same efekty - i tak wygląda cały album. Kilka smaczków w postaci bardziej szorstkiej gitary w singlowym Nie mogę zasnąć, przeszkadzajki perkusyjne w Czarnej Wołdze i smyczki, na których opiera się Liliowa to tylko momenty, kiedy ktoś nagle wpadł na próbę i zaczął grać, a Marcelinie szkoda było go wyrzucać ze studia, bo uznała że to jest mieści się w jej minimalizmie. I to bardzo dobrze działa.

Wygląda na to, że mamy do czynienia z jedną z najpięjkniej rozwijających się karier młodego, kobiecego popu. Marcelina, trzymaj tak dalej!

Komentarze: