Nasza recenzja

Dale

Jeśli ktoś swój nowy album nazywa swoim popularnym okrzykiem, którym zdążył już dawno temu wkurzyć zapewne nawet najbardziej zagorzałych słuchaczy, to nie ma co liczyć na dobry album. A co najwyżej przeciętny. Tak, mówię o nowym albumie Pitbulla.

"Uno, dos, tres, quatro, dale!" - te pięć słów powtarza się w niemal każdym utworze amerykańskiego rapera (bowiem nasz bohater, Armando Christian Pérez, jest z urodzenia Amerykaninem, ale synem kubańskich emigrantów). Pitbull tym razem zrobił nieco pod prąd i nawija w swoim ojczystym języku. Jeśli nie znacie hiszpańskiego, możecie się pokusić by te przebojowo skomponowane utwory puścić na jakiejś wakacyjnej imprezce z motywem hawajskim. Będzie rozrywka, ale nic poza tym.

Bo, swoją drogą, czy czegoś innego można od Pitbulla oczekiwać poza właśnie zabawą? Publiczność hiszpańskojęzyczna odbierze ten album zupełnie inaczej niż ta znająca jego bardziej anglojęzyczne oblicze, bo ta druga usłyszy tylko to co zna od dawna - imprezowe utwory zakrapiane klimatami latino. Co poniektóre naprawdę dobre jak Baddest Girl In Town, Hoy Se Bebe czy Haciendo Ruido (w tym ostatnim swoje pięć groszy - czy bardziej peso - dołożył sam Ricky Martin).

Nowego Pitbulla możecie wziąć na imprezkę, to jasne. Zwłaszcza w obecne upały. Ale ja nigdzie indziej nie odważyłbym się z nim pokazywać.

Komentarze: