Nasza recenzja

Talviyö

Niektórym metalowym zespołom zarzuca się zbyt kurczowe trzymanie się utartych schematów. Weźmy chociażby AC/DC, Motörhead czy Sabaton: każdej z tych kapel da się wytknąć, że wystarczy usłyszeć jeden album i na dobrą sprawę zna się ich całą dyskografię. I choć po części jest w tym sporo racji – pewne autoplagiaty potrafią tym grupom wytknąć nawet ich najbardziej zagorzali fani – to jednocześnie w dorobku którejkolwiek z nich trudno znaleźć krążek, który nie trzymałby przynajmniej przyzwoitego poziomu.

Zupełnie innym przypadkiem jest fiński zespół Sonata Arctica. Wydane na początku obecnego stulecia przebojowe albumy „Silence” i „Winterheart’s Guild” i „Reckoning Night” ugruntowały pozycję tej grupy jako gigantów melodyjnego power metalu, wymienianych jednym cięgiem z takimi mistrzami gatunku, jak Helloween, Gamma Ray, Stratovarius czy Nightwish. Problem jednak w tym, że od czasu wydania ostatniego z trzech wymienionych przeze mnie krążków upłynęło 15 lat – a nie tylko w muzyce to szmat czasu. Żeby daleko nie szukać: to właśnie wtedy, wraz z ostatnim zwycięskim sezonem rodaka panów z Sonaty, Janne Ahonena (2004/2005), rozpoczął się powolny upadek fińskich skoków narciarskich. To również wtedy bohaterowie tego tekstu, już wcześniej skorzy do niekonwencjonalnych rozwiązań, zaczęli w swych kompozycjach eksperymentować na całego, stopniowo odzierając swe kompozycje z elementów power metalu na rzecz rozwiązań typowych raczej dla progresywnego rocka.

Nie twierdzę oczywiście, że jest coś złego w poszukiwaniu nowych środków twórczego wyrazu – pod warunkiem jednak, że przy okazji artysta nie traci swoich największych atutów, co niestety stało się udziałem grupy Sonata Arctica. Podczas gdy pierwsze albumy tego zespołu wręcz kipią niesamowitą energią i pasją, to już od płyty „Unia” z 2007 roku, stanowiącej pierwszy krok ku progresywnym brzmieniom, da się zauważyć pod tym względem stale postępujący regres. Panowie z Sonaty przypominają pod tym względem króliczki ze „zwykłą baterią” z reklam Duracella: swego czasu mogli nawet należeć do liderów wyścigu, ale teraz mogą już tylko oglądać plecy konkurencji, i to na własne życzenie. Najnowszy, dziesiąty studyjny krążek „Talviyö” (co po fińsku oznacza „Zimową noc”) stanowi jedynie potwierdzenie tej diagnozy. Dawny ogień ledwie się już tli, przebijając się jedynie chwilami w takich kawałkach, jak otwierający album numer „Message From The Sun”, ciekawie rozkręcający się „Demon's Cage”, chwytliwy singiel „A Little Less Understanding” czy instrumentalny „Ismo’s Got Good Reactors”. O pozostałych utworach nie da się niestety powiedzieć wiele dobrego. Większość z nich to przekombinowane kompozycje pełne przeciągniętych, nietrzymających się kupy pasaży i wygładzonych partii klawiszowych, o których chciałoby się jak najprędzej zapomnieć (jak choćby w niespójnym i chaotycznym numerze „The Raven Still Flies With You”), okraszone pozbawionym niegdysiejszej werwy wokalem Tony’ego Kakko (posłuchajcie sami, jak mało przekonująco brzmi w takim „Cold”). Nie pomaga też produkcja, która z założenia miała chyba sprawić, że zamieszczone na „Talviyö” piosenki będą brzmiały trochę jak występ na żywo – a w efekcie brzmią po prostu… nijako.

Gdzie podziała się ta pędząca, szalona moc, którą Sonata Arctica prezentowała w takich kawałkach, jak „Wolf & Raven”, „Kingdom For A Heart” czy „The Cage”? Gdzie zniknęła dramaturgia, którą zespół tak pięknie potrafił wykreować w „Shamandalie” czy „Last Drop Falls”? Gdzie czysta radość z gry, jaką z łatwością dało się wyczuć choćby w „San Sebastian”, „Black Sheep” czy „FullMoon”? Mam wrażenie, że wraz z odejściem jednego z założycieli Sonaty, gitarzysty Janiego Liimatainena, w zespole zaczęła stopniowo gasnąć pasja do tworzenia. Na „Talviyö” Sonata Arctica brzmi trochę tak, jakby jej członkowie weszli do studia wyłącznie po to, by odhaczyć niezbyt przyjemny obowiązek – nawet nie starając się, by mieć przy tym choć trochę zabawy.

Dobra wiadomość jest wszakże taka, że jeśli komuś podobało się kilka ostatnich płyt Sonaty – być może podejdzie mu i „Talviyö”. Zapewne właśnie na to liczyli muzycy tej grupy nagrywając ten album – że niezależnie od tego, jaki on będzie, zawsze znajdą się na fani wciąż na tyle zakochani w zespole, by nadal zachwycać się nim i jego twórczością. Na koncerty i tak oprócz tych sonatowych fanatyków zawita zapewne całkiem sporo osób mających w pamięci epickie początki zespołu – więc kasa z biletów się będzie zgadzać. Tylko ile można jechać na reputacji, na którą zapracowało się ponad dekadę wstecz – szczególnie w sytuacji, gdy ewidetnie „czujesz, że uleciał gaz”?

Sonata Arctica – „Talviyö”
Premiera: 6 września 2019
Wydawca: Nuclear Blast Records

Tracklista:
1. Message from the Sun
2. Whirlwind
3. Cold
4. Storm the Armada
5. The Last of the Lambs
6. Who Failed the Most
7. Ismo’s Got Good Reactors
8. Demon’s Cage
9. A Little Less Understanding
10. The Raven Still Flies With You
11. The Garden

Komentarze: