Nasza recenzja

Shine A Light

Bryan Adams jest jednym z tych artystów, których przeboje nieustannie przewijają się na antenach praktycznie wszystkich stacji radiowych. Któż z nas podczas jazdy samochodem nie słyszał choć raz takich przebojów, jak „Heaven”, „Summer Of ‘69” czy nagrany wespół z Rodem Stewartem i Stingiem kultowy „All For Love” z filmu „Trzej muszkieterowie”?

Mimo upływu lat (w tym roku stuknie mu przecież sześćdziesiątka!) Bryan wciąż cieszy się znakomitym zdrowiem i tryska energią, jak gdyby wciąż był tym bezczelnym dwudziestokilkulatkiem, który w połowie lat 80-tych swoją muzyką rzucił na kolana cały muzyczny świat. Liczba granych przez niego koncertów każdego roku oscyluje w granicach setki, co samo w sobie stanowi niesamowity wyczyn – a przecież od czasu do czasu trzeba jeszcze znaleźć czas na to, by na chwilę przystopować i nagrać parę nowych utworów, które można by dorzucić do stale nadawanej w radiowym eterze puli. Chyba właśnie natłok występów sprawił, że od premiery płyty „Get Up” fani Bryana dość długo, bo aż 3,5 roku musieli czekać na kolejny studyjny krążek swojego ulubieńca (po drodze, gwoli prawdy, była jeszcze kompilacja „Ultimate”) – ale wreszcie się doczekali: „Shine A Light”, bo taki właśnie tytuł nosi czternasty album w dorobku sympatycznego Kanadyjczyka, ukazał się na początku marca tego roku.

Na płycie znajdziemy 12 utworów – 11 z nich to świeże numery, których autorem bądź współtwórcą jest sam Bryan, zaś jeden to cover. Krążek otwiera tytułowy kawałek „Shine A Light” – co ciekawe, napisany we współpracy z samym Edem Sheeranem. Piosenka jest lekka i pełna energii, jednak należy do takich, co wpadają do głowy jednym uchem, a drugim wylatują. Żaden to wielki hit – co najwyżej kawałek, przy którego dźwiękach dość przyjemnie wraca się do domu. Przyznam szczerze, że po takim twórczym duecie spodziewałem się czegoś więcej – może ciekawszy efekt udałoby się osiągnąć, gdyby Ed udzielał się w tym utworze także wokalnie?

Inna kwestia, że namówienie drugiej wielkiej gwiazdy do wspólnego zaśpiewania piosenki też nie stanowi gwarancji sukcesu – czego przykładem jest następny numer na liście, „That’s How Strong Our Love Is”, ballada nagrana przez Bryana do spółki z Jennifer Lopez. O ile wokale Adamsa i J.Lo całkiem fajnie ze sobą współgrają, to niestety piosenka jako całość wypada dość słabo. Kompozycja w zasadzie niczym interesującym się nie wyróżnia – chwilami brzmi wręcz jak słabo zaaranżowane karaoke dla dzieci z podstawówki. Oj, Bryan… naprawdę nie dało się tego zaaranżować inaczej – choćby wrzucając więcej gitar?

Ciekawiej zaczyna się robić wraz z trzecim utworem, „Part Friday Night, Part Sunday Morning”. Od pierwszych sekund melodię napędza żwawa perkusja, wokół uderzeń której swą splatają się dźwięki gitar Bryana i jego długoletniego współpracownika, Keitha Scotta. Warto wsłuchać się w tekst tej piosenki w interesujący sposób opisujący postać młodej kobiety – Bryan posługuje się tu wyszukanymi metaforami i kontrastami, nakreślając obraz pełnej sprzeczności dziewczyny, która podbiłaby serce każdego mężczyzny.

Czwarty utwór, „Driving Under The Influence Of Love”, to kawałek z pazurem wyraźnie nawiązujący do starej szkoły rock’n’rolla – świetnie pasowałby na któryś z wczesnych krążków Adamsa (nie wiem czemu, ale mi najlepiej współgra on z klimatem albumu „Waking Up the Neighbours”). Szalone gitary, którym dzielnie sekundują klawisze w tle, nadają temu numerowi brzmienia, które mimowolnie wywołuje skojarzenia z filmami o Dzikim Zachodzie – zamykam oczy i wyobrażam sobie Bryana śpiewającego tę piosenkę na środku saloonu, nie zwracającego uwagi na przekrzykujących się wokół niego kowbojów. Jest moc – na to czekałem!

Kolejna piosenka, „All Or Nothing”, zbudowana jest z kolei wokół riffu „zapożyczonego” od AC/DC („Highway To Hell”, i to tak totalnie!) – od pierwszych dźwięków tego utworu chyba każdy słuchacz podświadomie czeka na to, że zaraz usłyszy wokal nie Bryana (Adamsa), a Briana (Johnsona). Był potencjał na naprawdę ostry numer – z tą ostrością wyszło niestety tak sobie, ale w finalnym rozrachunku i tak jest nieźle. Przynajmniej można sobie przez chwilę potupać nóżką!

Następne są dwa najkrótsze utwory na tym albumie – nawiązujący mocno do nieco zapomnianego już stylu rockabilly, ledwie dwuminutowy „No Time For Love” i trwający nawet krócej eksperymentalny (i lekko efekciarski) „I Could Get Used To This”. O ile jeszcze pierwszy z nich świetnie nadaje się do wywijania kółek na parkiecie podczas tematycznej imprezy (coś na zasadzie „Nocy w stylu lat 60-tych”), to drugi należy raczej do tych kawałków, które po kilku przesłuchaniach stanowią powód do wciśnięcia przycisku NEXT. Najdziwniejsze jest to, że to właśnie „I Could Get Used To This” jest jednym z zaledwie dwóch utworów z tej płyty (obok tytułowego) jakie Bryan ostatnimi czasy wykonuje na żywo podczas swych koncertów (serio – sprawdźcie sobie ostatnie setlisty!). Doprawdy, zagadkowe są czasem wybory wielkich tego świata!

Ósma miejsce w trackliście należy do ballady „Talk To Me” – i bez cienia wątpliwości muszę przyznać, że jest to najlepsza kompozycja w całym zestawie. Ten kawałek zmazuje złe wrażenie, jaki pozostawił po sobie przesłodzony duet z J.Lo. W przeciwieństwie do „That’s How Strong Our Love Is”, w „Talk To Me” wszystko składa się w jedną, przemyślaną całość – począwszy od spokojnej linii melodycznej, w której na pierwszy plan wysuwają się pianino i niespieszna perkusja, poprzez charakterystyczne, chrypliwe zaśpiewy Bryana, aż po na klimatyczny, melancholijny tekst, który z całą pewnością przemówi szczególnie do tych słuchaczy, którzy zmagają się ze złamanym sercem czy depresją. Tym utworem Adams udowodnił, że nadal jest tym samym gościem, który dał światu tak poruszające utwory, jak „Please Forgive Me” czy „Have You Ever Really Loved A Woman?”.

Wraz z następnym numerem, „The Last Night On Earth”, wraca szybsze tempo i typowy dla Bryana optymistyczny romantyzm. Tym razem Kanadyjczyk podaje nam jedno ze swych firmowych dań w nieco pokrętny sposób – prosząc swoją fikcyjną ukochaną, by pocałowała go tak, jakby właśnie przeżywali „ostatnią noc na Ziemi”. Nie przypominam sobie, by sugestia, że niebo może zapłonąć – a my wraz z nim, kiedykolwiek brzmiała równie pociesznie, jak w tej piosence!

Z kolei w „Nobody’s Girl” po raz kolejny maluje Adams portret kobiecej postaci. W przeciwieństwie jednak do „Part Friday Night, Part Sunday Morning”, gdzie przedstawiona nam została dziewczyna, która mimo swego nieogarnięcia życie chwyta pełnymi garściami, tutaj poznajemy osobę o zupełnie innej charakterystyce – zamkniętą w sobie, a jednocześnie uwięzioną w ramach, jakie nakreśliło jej otoczenie. Obrazu nakreślonego w tekście dopełnia melancholijna melodia (taka bardziej w stylu U2, niż Bryana), opierająca się na niespiesznych riffach granych na przesterowanej gitarze, którą w dyskretny sposób uzupełnia bardzo stonowany fortepian.

Przedostatnia w zestawie jest „Don’t Look Back” – pełna poetyckich przenośni piosenka o podążaniu za własnymi marzeniami. Jeśli Bryan kiedykolwiek wyruszy w akustyczną trasę – ten kawałek w setliście sprawdzi się idealnie. Już widzę oczyma wyobraźni, jak Adams z Keithem Scottem siadają na krzesłach z gitarami w dłoniach i śpiewają tę piosenkę do spółki z zachwyconą, klaszczącą w rytm melodii publiką!

Na sam koniec mamy jeszcze cover tradycyjnej, XVII-wiecznej irlandzkiej piosenki „Whiskey In The Jar”, którą szczególnie dobrze kojarzyć powinni fani zespołów Thin Lizzy i Metallica. O ile jednak obie te grupy „Whiskey In The Jar” nadały pełne mocy, dynamiczne aranżacje, to jednak Bryan podszedł do tego utworu zupełnie inaczej – na jego wersję składają się przede wszystkim gitara akustyczna, harmonijka i ochrypły głos samego Adamsa. Dzięki temu, że muzyk zrezygnował z większości ozdobników, piosenka nabrała na powrót swej pierwotnej, folklorystycznej prostoty. Co zaskakujące, stając się utworem, który mógłby być zaśpiewany przez każdego z nas, nabrał on jednocześnie bardzo osobistego wymiaru dla samego Bryana – chwilami mamy wrażenie, jakby opowiadał on nam nostalgiczną historię z własnego dzieciństwa i zapominamy, że słyszeliśmy ją już z tylu innych ust. Jest w tym coś magicznego!

I w ten oto sposób dobrnęliśmy do końca tracklisty „Shine A Light” – krótkiej, bo zamykającej się w zaledwie 35 minutach. Nie jest to z całą pewnością krążek, który w dorobku Bryana Adamsa zapisze się złotymi zgłoskami – ma sporo świetnych momentów, ale i kilka mniejszych lub większych potknięć. Paradoksalnie, do największych rozczarowań zaliczyłbym utwory, które w założeniu miały ten album ciągnąć: co najwyżej przyzwoity numer tytułowy, w którym palce maczał Ed Sheeran, a przede wszystkim – kompletnie nieudany duet z J.Lo (szkoda, że akurat tą piosenką nie zajął się genialny producent Bob Rock, który współpracował z Bryanem przy nagrywaniu tego albumu – jestem przekonany, że wyciągnął by z niej coś dużo, dużo lepszego, niż to, co finalnie dostaliśmy). Ze względu na to, że są to dwie pierwsze piosenki w zestawie, długo miałem problem z dostrzeżeniem zalet wszystkich pozostałych – w sytuacji, gdy wszystkie piosenki razem wzięte trwają niewiele ponad pół godziny i utrzymane są w mniej lub bardziej podobnej stylizacji, w razie słuchania krążka jednym cięgiem potrafią zlać się w jedno. Dlatego materiał zawarty na „Shine A Light” łatwiej docenić, gdy słucha się każdego z utworów z osobna – wtedy okazuje się, że niemalże wszystkie mogą się podobać, a niektóre, jak „Talk To Me”, to prawdziwe perełki. Hitów na miarę „18 Til I Die” czy „Here I Am” może tu i nie ma – ale czy na pewno na tym właśnie zależy fanom kanadyjskiego rockmana? Przecież wiadomo, że niezależnie od tego, jaki byłby ten album, kolejne koncerty Bryana (na których, jak już wspomniałem, zbyt wielu utworów z nowej płyty nie usłyszycie...) i tak wyprzedadzą się do ostatnich miejsc. Nie wierzycie? To jedźcie 21 czerwca do Gdańska lub dzień później do Wrocławia – i przekonajcie się sami!

Bryan Adams – „Shine A Light”

Premiera: 1 marca 2019

Wydawca: Polydor/Universal Music

Tracklista:

1. Shine A Light
2. That’s How Strong Our Love Is (feat. Jennifer Lopez)
3. Part Friday Night, Part Sunday Morning
4. Driving Under The Influence Of Love
5. All Or Nothing
6. No Time For Love
7. I Could Get Used To This
8. Talk To Me
9. The Last Night On Earth
10. Nobody’s Girl
11. Don’t Look Back
12. Whiskey In The Jar

Komentarze:

Zobacz również: