Nasza recenzja

Shades of Love

Jest mnóstwo takich wokalistek, które dostały dar w postaci wielkiego talentu, a pozostawione same sobie nie są w stanie go dobrze spożytkować.

Ktoś im może na wstępie pomoże, a potem powie "a teraz radź sobie sama". I takiej samej nie wychodzi już nic tak dobrze. Właśnie taką wokalistką jest Ania Szarmach. I wtedy właśnie wychodzą tak beznamiętne i nikomu niepotrzebne płyty jak najnowsza Ani "Shades of Love". Nagrana na modłę próbującego być ciekawym i wymagającym popem, ale też jednocześnie miłym dla przeciętnego słuchacza, i "by było też coś do radia puścić". Koniecznie podpinamy się pod klimat Lany Del Rey i Ani Dąbrowskiej.

Koniecznie też chwalimy się mocno wokalem - trzeba udowodnić że talent wciąż jest (Aniu, nie przypominaj - na "Innej" już dobrze ci to poszło). I koniecznie wszystko po angielsku. Nie licząc finalnego kawałka "Gdzie jest ta miłość", gdzie Ania wypadła najbardziej naturalnie. Najgorszy w tym zestawie jest fakt, że każdy utwór się zlewa z poprzednim.

Gdyby tak chociaż w jednym momencie zmienić instrumentarium, podnieść metrum lub chociaż tempo. Nic z tych rzeczy. Jest za to bardzo monotonnie. I w sumie, to szkoda mi bardzo Ani Szarmach. Że po raz kolejny ktoś zaprzepaścił jej szanse na zostanie kimś wielkim.

Komentarze: